Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 90 ]  Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona
Autor Wiadomość
PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:46 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Candle Cove (Zatoka Świec - przyp. tłum.)



Forum NetNostalgia - Telewizja (Lokalny)


Skyshale033
Temat: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Czy ktokolwiek pamięta ten program dla dzieci? Nazywał się Candle Cove. Oglądałem go, gdy miałem jakieś 6 - 7 lat. Nigdy nie znalazłem o nim żadnej wzmianki, więc sądzę, że było to puszczane w lokalnej telewizji około roku 1971 albo 1972. Mieszkałem wtedy w Ironton. Nie pamiętam, na której stacji był puszczany, pamiętam jednak, że leciał o jakiejś dziwnej godzinie. Około 16 bodajże.

mike_painter65
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Brzmi to dla mnie bardzo znajomo... Dorastałem w okolicach Ashland. W 1972 miałem 9 lat. Candle Cove... czy to było o piratach? Pamiętam marionetkę pirata, rozmawiającą z małą dziewczynką na brzegu zatoki.

Skyshale033
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
TAK! Ok, czyli nie zwariowałem. Pamiętam Pirata Percy'ego. Zawsze się go trochę bałem. Wyglądał jakby był zbudowany z części innych lalek, naprawdę nisko budżetowe. Jego głową była głowa porcelanowej lalki, wyglądająca jak antyk. Zupełnie nie pasowała do reszty ciała. Nie pamiętam, na którym kanale to leciało. Nie sądzę, żeby to było WTSF (Chrześcijański kanał telewizyjny - przyp. tłum.)

Jaren_2005
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Przepraszam, że wskrzeszam taki stary temat, ale wiem, o jaki program ci chodzi Skyshale. Sądzę, że Candle Cove było puszczane jedynie przez kilka miesięcy w '71, a nie w '72. Miałam 12 lat i oglądałam to kilka razy z moim bratem. To był kanał 58, nie wiem tylko, jaka to była stacja. Moja mama pozwalała mi na to przełączać po wiadomościach. Zobaczmy, co dokładnie pamiętam.
Akcja rozgrywała się w Zatoce Świec. Główną bohaterką była mała dziewczynka, która wyobrażała sobie, że jej przyjaciółmi są piraci. Statek piracki nosił nazwę Laughingstock. Pirat Percy nie był dobrym piratem, ponieważ bardzo łatwo można go było wystraszyć. Nie pamiętam imienia dziewczynki. Janice albo Jade. Coś w tym rodzaju. Sądzę jednak, że była to Janice.

Skyshale33
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Dziękuję ci Jaren!!! Wspomnienia do mnie wróciły, gdy wspomniałaś statek Laughingstock i kanał 58. Pamiętam, że na dziobie okrętu była drewniana, uśmiechająca się twarz. Jej dolna część szczęki była zanurzona w wodzie. Wyglądało to tak, jakby połykała morze. Miała też paskudny głos i śmiech Ed'a Wynn'a. Szczególnie pamiętam, jak zmienili drewniany/plastikowy model na pieniącą się ze złości pacynkę, która mówiła.

mike_painter65
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Haha, też to pamiętam Czy pamiętasz, Skyshale, ten cytat: "Musisz... wejść... DO ŚRODKA."

Skyshale33
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Hmm, mike, odczułem dreszcz czytając to. Tak, pamiętam. To zawsze mówił statek do Percy'ego gdy ten miał wejść do jakiegoś strasznego miejsca, jak jaskinia, albo ciemny pokój, w którym był ukryty skarb. Kamera wtedy zbliżała się do twarzy Laughingstock'a za każdym razem, gdy ten robił pauzę w zdaniu. MUSISZ... WEJŚĆ... DO ŚRODKA. Jego krzywe oczy, zła mina oraz linki poruszające jego ustami. Eh. To wyglądało na zrobione bardzo niskim nakładem pieniędzy. Było jednocześnie straszne.
Pamiętacie może czarny charakter? Jego twarzą były jedynie długie, zakręcone na końcówkach wąsy, znajdujące się nad długimi, obnażonymi zębami.

kevin_hart
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Przyznam szczerze, że myślałem, że Percy był czarnym charakterem. Miałem około 5 lat, kiedy program był nadawany. Paliwo dla nocnych koszmarów.

Jaren_2005
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Pacynka z wąsami nie była czarnym charakterem. Ona była jedynie jego towarzyszem. Nazywała się Potworny Horacy. Horacy miał też monokl, który znajdował się na szczycie wąsów. Myślałam przez to, że miał tylko jedno oko.
Czarnym charakterem była inna marionetka. Złodziej Skór. Nie mogę uwierzyć, co oni kazali nam wtedy oglądać.

kevin_hart
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Jezu Chryste. Złodziej Skór. Co za chore programy oglądały wtedy dzieciaki? Naprawdę nie mogłem patrzeć na ekran gdy pojawiał się Złodziej Skór. Pojawiał się znikąd, zjeżdżając na swoich sznurkach. Był brudnym szkieletem, noszącym brązowy cylinder i pelerynę. Miał też szklane oczy, które były stanowczo za duże w porównaniu z rozmiarami jego głowy. Jezu wszechmogący.

Skyshale33
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Czy jego cylinder i peleryna nie były uszyte w dziwny sposób? Czy to miała być dziecięca skóra??

mike_painter65
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Tak, tak sądzę. Pamiętam, że jego usta nie otwierały się ani nie zamykały, jego szczęka po prostu opadała, a następnie gwałtownie się zamykała. Pamiętam, że mała dziewczynka zapytała "Dlaczego twoje usta ruszają się w ten sposób?". Wtedy Złodziej Skór nie popatrzył na dziewczynkę, lecz w kierunku kamery i powiedział "ŻEBY MÓC ZMIELIĆ TWOJĄ SKÓRĘ".

Skyshale33
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Czuję ulgę, że inni też pamiętają ten straszny program!
Mam okropną pamięć. Miałem kiedyś zły sen który zaczynał się od końcówki dżingla rozpoczynającego Candle Cove. Następnie pojawił się właściwy program. Były tam wszystkie postacie, jednak kamera skupiała się jedynie na ich twarzach. Wszyscy tylko krzyczeli. Pacynki i maskotki jedynie kiwały się i krzyczały. Krzyczały. Dziewczynka płakała i jęczała. Budziłem się wiele razy z tego koszmaru. Zwykłem nawet moczyć łóżko, gdy mi się śnił.

kevin_hart
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Nie sądzę, żeby to był sen. Pamiętam to. Pamiętam, że to był jeden z odcinków.

Skyshale33
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Nie, nie, nie. To nie możliwe. Tam nie było żadnej fabuły, ani niczego w tym rodzaju. Naprawdę, jedynie stojące w miejscu płaczące i krzyczące postacie przez cały odcinek.

kevin_hart
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Możliwe, że tylko wyobraziłem sobie ten odcinek pod wpływem tego, co powiedziałeś, ale - mógłbym przysiąc na Boga - wydaje mi się, że pamiętam to, o czym napisałeś. Po prostu krzyczeli.

Jaren_2005
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
O Boże, tak. Mała dziewczynka, Janice. Pamiętam, jak się trzęsła. Złodziej Skór krzyczący i zgrzytający zębami. Wyłączyłam telewizor. To był ostatni raz, kiedy oglądałam Candle Cove. Od razu pobiegłam do mojego brata i opowiedziałam mu o całym odcinku. Później nie mieliśmy odwagi, żeby ponownie włączyć telewizor na ten program.

mike_painter65
Temat: Odpowiedź: Candle Cove lokalny program dla dzieci?
Odwiedziłem dzisiaj moją mamę w domu starców. Zapytałem się jej, czy pamięta Candle Cove - program dla dzieci, który oglądałem na początku lat 70. kiedy miałem około 8 lub 9 lat. Powiedziała, że jest zdziwiona, ze to zapamiętałem. Zapytałem, dlaczego. Powiedziała "Zawsze uważałam to za dziwne, gdy mówiłeś "idę obejrzeć Candle Cove, mamo", po czym włączałeś telewizor na nienastrojony program i oglądałeś biały szum przez 30 minut". Miałeś wielką wyobraźnię, wymyślając swój serial o piratach."


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:50 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Teoria sznurków

Czy miałeś kiedyś wrażenie, że ktoś obcy był w twoim domu, ale po prostu pomyślałeś "Nie chcę wiedzieć" i zignorowałeś to? Czasem wolimy wybrać strach przed nieznanym, zamiast stawić czoła prawdziwemu, konkretnemu zagrożeniu. Chociaż, zazwyczaj to nic takiego. Kiedyś włączył się brzęczyk w moim bezprzewodowym telefonie, byłem wtedy sam w domu. Można go było uruchomić jedynie z dużego pokoju. Innym razem przysiągłbym, że ktoś zabrał drobniaki z mojego biurka. To prawdopodobnie tylko sztuczki naszej pamięci, mogące co najwyżej wprawić nas w zakłopotanie.

Ale co byś zrobił, gdyby przydarzyło ci się coś naprawdę dającego do myślenia? Uciekłbyś, czy po prostu to zignorował - tak jak ja?

Zeszły poniedziałek był zwyczajnym dniem. Wstałem, umyłem zęby, przebrałem się w szkolne ubrania... Małe części mojego porannego rytuału. To mógłby być kolejny niegodny uwagi dzień - gdybym nie zobaczył sznurków.

W moim pokoju były trzy czy cztery grube sznurki, rozwieszone między ścianami. Krzyżowały się nad moim łóżkiem, jeden był przywiązany do drzwi. W żaden sposób nie mogłem ich przegapić - właściwie powinienem był się o nie potknąć. Sznurki były przyczepione do ścian szpilkami, których również tam nie było jeszcze dziesięć sekund wcześniej.

Nikt nie mógł się zakraść do mojego pokoju kiedy byłem w środku, nie mówiąc już o przygotowaniu tego wszystkiego. Był wczesny ranek i mój mózg nie pracował jeszcze właściwie. Po prostu zignorowałem ten widok, odczepiłem sznurki i wyszedłem do szkoły, zostawiwszy je splątane na biurku.

Dalej nie było lepiej. Na zewnątrz były setki sznurków, rozwieszonych między domami, owijających samochody, przecinających ulice... To musiał być jakiś bardzo wyszukany dowcip, ukryta kamera albo program komediowy. Wszyscy inni też byli wtajemniczeni; przechodnie byli wręcz oplątani sznurkami, które łączyły ich z przedmiotami do których się zbliżali i od których się oddalali, tak jakby podążali z góry wyznaczonym kursem.

Choć nieco zdenerwowany, wciąż szedłem do szkoły. W autobusie wszyscy prócz mnie byli przywiązani do drzwi. W szkole przyjaciele byli przywiązani do siebie nawzajem, nauczyciele do biurek i tablic. Dopiero wtedy zacząłem się zastanawiać czemu zostałem pominięty.

Kiedy moja przyjaciółka Lucy usiadła obok mnie przed pierwszą lekcją, po prostu rzuciła mi swoją torbę na kolana, podparła brodę ręką i zagapiła się w okno, nie zwracając na mnie uwagi.

- Hej, Lucy.

Brak odpowiedzi.

- Daj spokój, nie myślałem że ty też w tym siedzisz.

Westchnęła i zaczęła wyjmować podręczniki z torby. Wszystkie książki były przywiązane do jej rąk. Uśmiechnąłem się szeroko i oderwałem sznurek od jednej z nich. Lucy zdawała się tego nie zauważyć - po prostu zignorowała książkę, bez wahania pozwalając jej upaść na podłogę.

- Uhm. - Pochyliłem się, podniosłem książkę i odłożyłem na jej ławkę. Nic nie zauważyła.

-Czyli to na tym polega zabawa. - Uśmiechnąłem się, próbując wyglądać na rozbawionego, ale w rzeczywistości chciałem tylko ukryć zdenerwowanie. Zebrałem wszystkie sznurki przywiązane do Lucy w dłoń i je oderwałem. Lucy zamrugała, odwracając się do mnie.

- Cholera, Martin. Jesteś jak jakiś ninja, czy coś.
- Siedzę tu gdzieś od dziesięciu minut. - znów się uśmiechnąłem bo ulżyło mi, że moja przyjaciółka wreszcie mnie "zauważyła".
- Skąd się wzięły te wszystkie sznurki?! - wykrztusiła Lucy, która najwyraźniej dopiero je zauważyła.
- Myślałem, że wszyscy mnie wkręcacie...

Lucy zerwała się z miejsca i cofnęła w kąt. Nikt w klasie nie zwrócił na to uwagi.

- Jeszcze przed chwilą ich tu nie było! Czy ty też je widzisz?! - z głosu Lucy wynikało jasno, że była
naprawdę przerażona.
- Tak. Czy ty... - przerwała mi nauczycielka, zatrzaskująca za sobą drzwi. Wszyscy poza mną i Lucy wymamrotali powitanie i wciąż zdawali się nas nie dostrzegać.
- Od rana wszyscy mnie ignorują - powiedziałem Lucy, po czym odwróciłem się do nauczycielki. - Hej! Głupia krowo!

Brak reakcji.

- Wychodzę stąd. - Lucy odsunęła kilka sznurków i wyszła z klasy. Poszedłem za nią i, niespodzianka, nikt nie zwrócił na to uwagi.

Szliśmy przez korytarze, wchodząc i wychodząc z sal. Kiedy odwiązaliśmy od kogoś krzesło lub książkę, zdawały się tracić dla niego znaczenie. Nie istniały.

Pokazałem Lucy ulicę; było tam jeszcze więcej sznurków niż kiedy przechodziłem tamtędy rano. Dwa razy tyle. Ostrożnie przemykaliśmy przez ten gąszcz, zmierzając w stronę pobliskiej kawiarni. Wiem, niezbyt wyszukane miejsce. Ale co ty zrobiłbyś w naszej sytuacji? Tak jak mówiłem, strach przed nieznanym czasem wydaje się bezpieczniejszym rozwiązaniem. Kilka razy proponowałem żebyśmy odwiązali jeszcze kogoś. Lucy się sprzeciwiała, pamiętając jak bardzo była wtedy przerażona.

W kawiarni wyjęliśmy z lodówki parę kanapek i napoje. Znaleźliśmy stolik, odczepiliśmy wszystkie sznurki od krzeseł i usiedliśmy. Jedliśmy w ciszy, przestraszeni, obserwując obcych ludzi w kawiarni by odwrócić swoją uwagę od sznurków. Po dwudziestu minutach Lucy się odezwała.
- Teraz weźmie tę kanapkę. - wskazała kobietę po drugiej stronie.
Rzeczywiście, kobieta podeszła do lodówki i wzięła owiniętą w folię kanapkę, do której była przywiązana.
- Zapłaci za nią i wyjdzie. - Tak zrobiła, zgodnie z tym, co przepowiedziały sznurki.
- Ten facet nie zapłaci. - Patrzyłem jak mężczyzna bierze kawę i wybiega z kawiarni. Sprzedawcy wyglądali na zbyt wykończonych, by go gonić.

- To okropne. - wyszeptała Lucy. - Chodźmy stąd. Proszę.

Na zewnątrz nie było dużo lepiej. Wszyscy robili to, co kazały im sznurki, wykonując swoją codzienną rutynę. Lucy oznajmiła, że idzie do domu żeby to przespać, a ja zgodziłem się ją odprowadzić. Mieszkała tylko dziesięć minut drogi ode mnie.

W mniej ruchliwej części miasta nie było tak wiele sznurków. Było przyjemniej - mogliśmy udawać, że to się nie dzieje.

Skręciliśmy w ulicę Lucy. Nagle dziewczyna zatrzymała się z otwartymi ustami.
- A teraz co? - przerwałem ciszę zaskakująco słabym głosem.
- Spójrz. - wskazała w stronę domu jej sąsiada.

Zobaczyłem to wyraźnie i będę to pamiętał aż do śmierci. Mały ciemny stworek, mający może z metr wzrostu, szedł podpierając się rękami, prawie
jak małpa. Miał dwoje wyłupiastych żółtych oczu, które zajmowały prawie połowę jego twarzy, ale nie miał ust ani żadnych innych rysów twarzy. Trzymał młotek i kłębek sznurka, który rozwijał za sobą.

Szybko i cicho przeszedł od drzwi domu do skrzynki na listy. Zatrzymał się, przybił do skrzynki gwóźdź i przywiązał do niego sznurek. Odwrócił się w naszą stronę i zamarł, kiedy nas zauważył.

Poczułem się jeszcze bardziej zdziwiony niż przedtem, ale on tylko patrzył na nas z zaskoczeniem i ciekawością. Można wręcz powiedzieć, że to on był bardziej przestraszony niż my. Nagle - skinął na nas swoją malutką rączką.

Spojrzałem na Lucy - nie poruszyła się. Spojrzałem na stworka, który wciąż się na mnie gapił.Podszedłem do niego na kilka kroków, potem jeszcze bliżej. To już nie był strach przed nieznanym; to był strach przed tym małym stworzonkiem. Nie wydawał się groźny. Kiedy byłem metr od niego, wyciągnął do mnie rękę.

- Uhm, cześć. - uścisnąłem mu dłoń. Pokiwał głową z aprobatą, mrugając swoimi wielkimi żółtymi oczami.

- Więc to wy jesteście odpowiedzialni za te sznurki? - energicznie pokiwał głową. Zawołałem Lucy, ale została na miejscu.

- Jest was więcej? - kolejne kiwnięcie. Chciałem zadać mu mnóstwo pytań, o to czym jest i skąd pochodzi, ale wyglądało na to, że zostały mi tylko pytania, na które można odpowiedzieć "tak" lub "nie".

- Czy mamy chociaż wolną wolę?

Tylko na mnie spojrzał, niemal ze smutkiem. Nagle zrobiło mi się niedobrze i nie mogłem już patrzeć na tego potworka. Schwyciłem Lucy, która słyszała całą rozmowę, a teraz siedziała na krawężniku z twarzą w dłoniach.

- Chodź.

Weszliśmy do jej domu. Podczas gdy robiłem jej herbatę, Lucy weszła do dużego pokoju, gdzie odwiązała swojego psa i zwinęła się z nim w kłębek, płacząc. Odstawiłem herbatę i usiadłem obok niej.

- Bardzo się boję. - wyszeptała po dobrych dziesięciu minutach łkania.
Nie odpowiedziałem. Nie mogłem.

- Zaraz zasnę. - wymamrotała nagle Lucy i faktycznie usnęła. Sen zaczął coraz bardziej kusić i mnie, moje powieki wydawały się ciężkie, jakby coś ciągnęło je w dół.

Upadłem na dywan, a ostatnią rzeczą, jaką słyszałem był tupot kilku par małych stóp.

Następnego dnia czułem się znacznie lepiej, tak jakby ta cała sprawa była tylko snem. Pewnie by w to uwierzył, gdyby nie obudziła mnie mama Lucy, zastanawiająca się dlaczego nocuję u nich bez pozwolenia.

Przy śniadaniu Lucy zapytała dlaczego jestem taki blady i zdenerwowany. Uśmiechnąłem się, mamrocząc coś o złym samopoczuciu.

Ale prawda była taka, że bałem się ponieważ nie widziałem żadnych sznurków - i zastanawiałem się, czy wszystkie swoje działania wykonuję z własnej woli.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:54 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Tissue.avi
Kilka lat temu zespół rock&rollowy Titanium Tissue miał nagrać pierwszą w swojej karierze płytę.
Gdy dzień ten nadszedł stawili się w studiu z całym sprzętem.
Od razu zauważyli że od inżyniera dźwięku płynęła dziwna niepokojąca wręcz zła energia, nie taka ciemność do jakiej przywykli z uwagi na charakter zespołu, było to zimne bezlitosne zło.
Jego oczy nie były oczami człowieka nie było w nich tęczówek, były całe czarne i nie odbijały światła mimo wielu ustawionych w pomieszczeniu świateł.
Mimo tego zdawał się zachowywać normalnie.
Po rozstawieniu sprzętu wchodzili po kolei do komory dźwiękoszczelnej i każdy nagrywał swoje partie pod czujnym okiem dźwiękowca
Tego dnia udało im się nagrać cztery utwory.
Po skończonej pracy opuścili studio, do którego mieli wrócić następnego dnia by dokończyć materiał zostawiając dźwiękowca który to miał dokonać obróbki nagrań.
Następnego dnia gdy pojawili się przed budynkiem studia zastali na miejscu radiowozy i policjantów kręcących się w okolicy
Nie wiedząc co się dzieje próbowali dostać się do środka.
Niestety na drodze stanął im komisarz Garrison który oświadczył, że widziano ich w miejscu zbrodni jako ostatnich.
Muzycy zostali zatrzymani.
Technicy którzy przybyli na miejsce zdarzanie zastali potworny widok.
Inżynier leżał martwy na konsolecie
Na korpusie widniały tysiące malutkich dziurek wielkości szpilki.
Szczególne ich nagromadzenie dało się zauważyć w miejscu serca.
Żebra były wygięte do wewnątrz czaszka była spłaszczona i jakby rozciągnięta na boki
Prawa ręka dźwiękowca spoczywała na klawiaturze komputera na którego ekranie widniał komunikat o treści "Czy na pewno chcesz usunąć plik?"
W pewnym momencie dłoń ofiary drgnęła wciskając klawisz ESC anulując usunięcie pliku.
Pozostał tylko otwarty folder z jednym plikiem o nazwie Tissue.avi
Nie da się nawiązać kontaktu ze śledczymi analizującymi ten film, wiadomo tylko że po ujrzeniu filmu natychmiastowo zwalniali się z pracy i wszelki słuch o nich ginął


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:55 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
"Telefon"

Jest wczesny ranek. Słońce nie wzejdzie przez kolejne kilka godzin. Szybko zasypiasz, zatapiasz się w śnie, wtem telefon zaczyna dzwonić.
Prędzej obrócisz sie na bok, głowę przykryjesz poduszką niż wstaniesz. Godziny mijają. Słońce wschodzi.

Telefon dzwoni.

Kiedy wstaniesz, twój zegarek będzie brzęczał, a telefon dzwonił.
Do czasu kiedy zmusisz się do wyłączenia budzika, telefon przestanie dzwonić.
Zdasz sobie sprawę, że dzwonił cały ranek. Wstaniesz z łożka i naciśniesz migający czerwony przycisk na twoim telefonie
kiedy wpadniesz do łazienki. Sygnał dźwiękowy, a następnie przyjazny elektroniczny głos.

"Witam. Masz 666 nowych wiadomości. Wiadomość pierwsza."

Ponownie usłyszysz sygnał i nie będziesz przygotowany na to co będzie dalej.
Krzyk.

Odwrócisz się, z myślą że ona stoi tuż za Tobą.
Ten czysty terror w jej krzyku towarzyszący przy innych niepokojących dźwiękach. Stoisz przerażony około 10 sekund.
Krzyk przeradza się w histeryczny, przeinaczony płacz przed śmiercią mieszający się z dźwiękami wylewającego się mięsa i rozrywania ciała.

Kolejny sygnał telefonu. Trzęsiesz się.

"Wiadomość druga..."


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:56 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Odezwij się jutro, okay?

Ciągle żadnych wiadomości na moim telefonie.

Myślę, że nie zamierza odezwać się po tym wszystkim. Tak naprawdę nie mogę go za to winić, może trochę za szybko to się stało.

Zauważyłam go długo przed tym jak on zauważył mnie. Jego lśniące, czarne włosy i nienaturalnie niebieskie oczy. Nie byłam jedyną, która na niego patrzyła,
to pewne. Jego ruchy były eleganckie w chłopięcym sposobie. I jego uśmiech... jego uśmiech.
Mogłam umrzeć dla tego uśmiechu.
Ciągle żadnych wiadomości...

Myślałam żeby zadzwonić do niego, może przeprosić za to, że dzieje się to tak szybko.
Jestem tchórzem, wiem, ale nie mogłam się zdobyć na to żeby wybrać jego numer.
Poza tym obiecał, że skontaktuje się ze mną jak będzie gotowy.

Więc, będę czekała. Jestem cierpliwa.

Wiem, pospaceruję mimochodem obok jego domu. Tylko żeby zobaczyć czy w nim jest.
Może wyszedł, to by tłumaczyło dlaczego do tej pory nie odezwał się.
Mieszka tylko 1,5h ode mnie. Może jest nieśmiały i boi się do mnie zadzwonić. Głupi chłopiec.
Pójdę do niego i powiem mu, ze nie musi się bać. Nie mam nic przeciwko jeśli potrzebuje czasu.

Mieszka całkiem w odosobnionym gospodarstwie na obrzeżach miasta. Kiedy się zbliżam mogę usłyszeć owce w stajni.
Moje serce skacze kiedy widzę wewnątrz palące się światło. Musi być tutaj, wczoraj mówił mi, że jego rodzice wyjeżdżają na weekend.
Zostawili go żeby spoglądał na owce przez te kilka dni. Biedactwo, musi to być ciężka praca. Prawdopodobnie jest zbyt zajęty
żeby do mnie zadzwonić. Zostanę tutaj dopóki jego rodzice nie wrócą i pomogę mu zajmować się tymi wszystkimi owcami.

Zapukałam w drzwi, ale nikt nie odpowiedział. Może zasnął. Myśl o jego pięknej twarzy, która jest jeszcze bardziej złagodzona
dzięki śnie sprawia, że się uśmiecha. Sprawdzam drzwi, są otwarte. Rzadko kiedy zdarzają się tutaj jakieś przestępstwa,
więc zamek nie jest tu potrzebny. Wkradając się do domu staram się być tak cicho jak tylko to możliwe. Chcę go zaskoczyć.
Wspinając się po schodach z każdym skrzypieniem wariuję. W końcu znajduję sypialnię i ostrożnie otwieram drzwi.

Tak to on, leżąc w łóżku tak jak myślałam. Cicho włączyłam nocną lampkę na jego biurku, więc mogę teraz oglądać jego twarz.
Jego niebieskie oczy są otwarte, wpatrują się w przestrzeń, a jego cała twarz to jeden krwawy bałagan.
Jego policzki są pocięte, skóra w większości została usunięta albo zwisa z boków jego twarzy. Nie posiada paznokci, są
starannie poukładane na końcu łóżka. Na jego gołej piersi są wycięte słowa.

Spojrzałam na niego, zakryłam dłońmi usta.
Ciągle tu jest od momentu jak opuściłam go wczoraj. Musi być tak zmęczony, że śpi cały dzień. Jak słodko!
Pocałowałam go delikatnie w czoło, upewniając się że go nie obudziłam. Po czym napisałam kolejną wiadomość na jego
klatce piersiowej, dając mu znać, że jestem tutaj kiedy mnie potrzebuje.
Opuściłam pokój, po czym wyszłam na zewnątrz. Myślę, że jest to czas kiedy owce idą spać.
A jutro przedstawię się jego rodzicom. Jestem pewna, że mnie pokochają.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 17:57 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Glitch

Kiedyś często używałem komputera. Mogłem zarywać nocki tylko po to by siedzieć na necie albo grać w gry które już dawno przeszedłem. Myślę że stało się to obsesją. Jest na tyle źle, że mogę przesiedzieć do północy nie robiąc zupełnie nic. Próbowałem przestać.
Czasem udaje mi się pójść wcześnie spać, ale rzadko bywam w łóżku przed jedenastą.

To dziwne, nigdy nie czułem się tak jak dzisiejszego dnia. Mogę wytrzymać bez komputera cały poranek. Zrobiłem już tyle rzeczy : posprzątałem, pouczyłem się, zupełnie jak normalny człowiek.
Ale teraz znowu się pogorszyło.

Zacząłem czuć się naprawdę źle odkąd wstałem następnego dnia.
Dopadło mnie to gdy siedziałem przy komputerze, czułem jakby moje oczy płonęły. Tylko gdy zaczynały łzawić moje spojrzenie odbiegało od monitora. Dziwniejsze rzeczy zaczęły się dziać gdy zacząłem mrugać. Wydawało mi się że z każdym mrugnięciem to wszystko coraz bardziej się nasilało.

Zaczęło się nieszkodliwie. Strony internetowe ładowały się powoli. Myszka zamarzała w miejscu. Programy włączały i wyłączały się zupełnie losowo. Nic nadzwyczajnego, mógł to być tylko wirus, przecież mogłem przeładować stronę, podłączyć na nowo myszkę albo po prostu wyłączyć komputer.

Lecz potem było jeszcze gorzej.

Gdy usiadłem w nocy do komputera zauważyłem że jest kompletnie wyłączony. Zawszę włączam hibernacje gdy odchodzę od komputera, więc byłem lekko zaskoczony. Kiedy odpaliłem go jeszcze raz, uruchomił się tryb awaryjny. Po krótkiej zabawie ustawieniami, doprowadziłem go do poprzedniego stanu. Na może dwa tygodnie wszystko znikło bez śladu.

Przeglądałem blog, czytając powoli słowo po słowie, przewijając paskiem na dół, gdy nagle wyskoczyło zdjęcie. Było to jedno z tych obrzydliwych zdjęć przedstawiających zwłoki, wyglądające na ofiarę wypadku samochodowego, albo wybuchu. Nie był to żaden pop-up, ani nic takiego. To było na blogu. Zdawało mi się to trochę dziwne, autor bloga nie wspominał nigdzie o takiej treści. Prawdę mówiąc, nigdy nie widziałem na tym blogu żadnych zdjęć. Przewinąłem na dół więc zdjęcie znikło, a na blogu widniał dalszy ciąg artykułu, zupełnie jakby nie było w tym dziwnego.

Ostatecznie przestałem zaglądać na ten blog. Pojawiało się coraz więcej i więcej makabrycznych zdjęć. Skomentowałem to w jednym wpisie, lecz zostało to przyjęte... powiedzmy że negatywnie. Nikt inny się nie skarżył. Napisałem im że to był żart by pozbyć się tych wszystkich noob'ów.

Na innych stronach które często odwiedzam zaczęły dziać się podobne rzeczy, lecz były to pop-up'y. Każdy z nas spotkał się z tego typu trickiem, który ma nas przestraszyć. Zaczęło to być bardzo uciążliwe. Zaczynam bać się kliknąć w jakikolwiek link.

Gdy dzisiaj zamknąłem internet explorer, tło pulpitu wyglądało jak jedno z tych zdjęć które widziałem w ciągu ostatnich kilku dni. Było to jedno ze zdjęć które zapisałem sobie kiedyś na dysku. Po zresetowaniu tła, usunięciu zdjęcia z dysku i defragmentacji, otworzyłem kosz by pozbyć się go raz na zawsze.

Byłem zszokowany. Mój kosz pełen był różnego rodzaju rzeczy których wiem że nigdy nie pobierałem. Były tam strony porno, nielegalne oprogramowanie, zdjęcia, e-maile i inne pliki których rozszerzeń w ogóle nie kojarzyłem. Usunąłem je wszystkie i zdecydowałem się by poprosić o pomoc z zewnątrz.

Zacząłem szukać w sieci informacji o podobnych przypadkach. Jednak bez rezultatu. Dzwoniłem po Geek Squad, mojego tatę, nawet zaniosłem komputer do specjalisty by osobiście go sprawdził. Jeden wielki rachunek później, nie znalazł żadnych usterek. Mało tego, pogratulował mi tego w jakim dobrym stanie utrzymuje swój komputer.

Zdjęcia przestały się pojawiać, ale znalazł się następny problem. Mój komputer wyświetlał wszystko w lekko zmienionej wersji. Gdy tylko włączałem fotografię jakiejś osoby, jej oczy wyglądają jakby zostały wydłubane. Wyglądało to jak nieudolna przeróbka w paint'cie, lecz one zaczęły wyglądać coraz bardziej realnie. Próbowałem pokazać to mojemu kumplowi, ale w jego towarzystwie komputer działał bez zarzutu.

Ostatecznie zdecydowałem się oddać swój komputer koledze. Zawsze twierdził że to świetna maszyna. Jestem niezmiernie zadowolony że się z tym uporałem. Kupiłem sobie o wiele lepszy model, a gdy go uruchomiłem byłem szczęśliwy że działa normalnie. Postanowiłem nie przenosić danych z mojego starego komputera na ten.

Szczęśliwy z uporania się z problemem, wyłączyłem komputer. Była dopiero dziewiąta trzydzieści, więc włączyłem telewizor, bo wiem że zawsze mam dobre sny po obejrzeniu Futuramy. Położyłem się wygodnie i podgłośniłem telewizor by słyszeć intro. Rozpoznałem tą małą reklamę wydawniczą, taką samą jaką mają Simpsonowie. Ma lecieć jeden ze słabszych odcinków. Już zaczęło robić mi się z tego powodu przykro, gdyż liczyłem na trochę rozrywki, gdy nagle podskoczyłem ze strachu.

Jednej z postaci brakowało oczu.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:01 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Nie wpuszczaj Zimnego Człowieka

Ostatniej nocy miałem sen. To był jeden z tych snów, które wydają się prawdziwe aż do momentu przebudzenia.Był trochę dziwny... Był bardzo dziwny, ale nigdy nie przyszło mi do głowy, że może nie być prawdziwy. Wciąż nie jestem przygotowany by uznać, że to nieprawda. Nie interesuję się rzeczami nadprzyrodzonymi i niezbyt je rozumiem. Po prostu mam wrażenie, że odszedłem dokądś i wróciłem, że coś naprawdę się stało kiedy się obudziłem... i chyba również kiedy spałem.

Kiedy kładłem się wczoraj spać, miałem dziwne uczucie. Wszyscy czasem mamy wrażenie, że jesteśmy obserwowani, ale tym razem to było coś więcej. Wydawało mi się, że ktoś jest ze mną w pokoju, ale mimo to nie mogłem powstrzymać się przed zaśnięciem.

Nie pamiętam dokładnie jak zaczął się sen. Pierwszą rzeczą, jaką pamiętam było to, jak patrzę na mój dom, a potem zaczynam iść. Po prostu szedłem wzdłuż ulicy. Domy moich sąsiadów zniknęły. Byłam na długiej, pustej drodze i nie było tam nikogo prócz mnie. Nie pamiętałem, co robiłem wcześniej w domu. Czułem po prostu silną potrzebę by iść.

Kiedy szedłem tą drogą, czułem się w porządku. Było zimno, ciemno i byłem trochę zagubiony, ale nie bałem się - nie tak, jak w swoim pokoju.

Nie wiem, jak długo szedłem. Mam wrażenie, że dłuższy czas, może nawet kilka dni. Ale wcale nie czułem się zmęczony i chciałem iść dalej.

Po jakimś czasie droga się zmieniła. Do tej pory była prosta i monotonna, ale w końcu zauważyłem zakręt i rozwidlenie. A kiedy tam dotarłem, nie byłem już sam. Znajomy głos zawołał mnie z drugiej strony drogi.

- Dobrze cię widzieć. - wyszeptał głos. - Szkoda tylko, że w tym miejscu.

Odwróciłem się w stronę głosu, wiedząc już, kogo zobaczę. To był mój dawny przyjaciel z dzieciństwa - ktoś, kogo nie widziałem od lat. Wyglądał tylko trochę inaczej, niż go zapamiętałem. Był oczywiście starszy, niż kiedy go ostatnio widziałem, ale wydawał się przynajmniej kilka lat ode mnie młodszy - mimo że byliśmy w tym samym wieku. Był też bardzo blady, właściwie całkiem biały. Jego usta i ciemne kręgi pod oczami miały niebieski odcień.

- Co ty tu robisz? - zapytałem.
- Jestem tu żeby cię ostrzec. - odparł.

Oczywiście zamieniłem się w słuch.

-W twoim domu jest teraz pewien człowiek. - wyjaśnił.
- Jak to, ktoś jest teraz w moim domu? Dopiero stamtąd wyszedłem... chyba.

Właściwie nie wiedziałem jak długo już tam jestem. Nie wiedziałem, ile czasu szedłem drogą.

- Nie rozumiesz. - wymamrotał z naciskiem mój przyjaciel. - On naprawdę jest teraz w twoim domu.

Nie miałem pojęcia o czym mówi, ale byłem ciekawy.

- Kim on jest? - zapytałem.
- To Zimny Człowiek. Przychodzi do ludzi nocą, kiedy się boją.

Zimny Człowiek? Nigdy nie słyszałem o kimś takim. Chciałem się dowiedzieć więcej, więc zapytałem. - Co on robi?

- Czeka, aż ktoś go zauważy, wtedy zaczyna działać. Znasz ten dreszcz, jaki przebiega ci po plecach, kiedy coś cię bardzo przestraszy? To nie tylko nerwy. Wtedy on stoi za twoimi plecami.
- Dlaczego? - zastanawiałem się. - Co robi, kiedy już ktoś go zauważy?

Mój przyjaciel spojrzał w bok. Nie odpowiedział na to pytanie.

- Po prostu go nie wpuszczaj - ostrzegł.
- Co masz na myśli?
- Może być w pobliżu przez wieczność. - wyjaśnił mój przyjaciel. Może kręcić się wokół twojego domu w nocy, a nawet stać w twoim pokoju kiedy śpisz... Teraz właśnie to robi. Wie, gdzie jesteś. Może spoglądać prosto na ciebie, ale cię nie znajdzie jeśli go nie wpuścisz.
- Jak może mnie znaleźć? To znaczy, jak go wpuścić?

Mój przyjaciel spojrzał na drugą stronę drogi jakby się bał, że ktoś może nas podsłuchać. Nachylił się bardzo blisko i wyszeptał: - Jeśli go zobaczysz, jeśli go usłyszysz, albo chociaż nagle zrobi ci się bardzo zimno... nie ruszaj się. Nie rozmawiaj z nim. Nie dostrzegaj go. Nigdy go nie wpuszczaj.
- Nie rozumiem. - przyznałem. - Jak można się go pozbyć?
- Nie można. - odparł mój przyjaciel cichym, stanowczym głosem. - Kończy mi się czas.
- Czas? - powtórzyłem, nie wiedząc, co dokładnie ma na myśli.

Mój przyjaciel pokręcił głową. Drżał, a jego oczy były rozszerzone. W oddali zobaczyłem ciemną postać skradającą się za jego plecami, ale coś powstrzymywało mnie przed odzywaniem się.

- Mój czas dobiegł końca - wymamrotał mój przyjaciel. - Cokolwiek się stanie, nie wpuszczaj go, i cokolwiek się stanie... nie odbieraj.

Coś wciągnęło mojego przyjaciela w ciemność i nie mogłem już go dostrzec. Kiedy chciałem za nim pójść, obudził mnie nagły, głośny dźwięk. Siedziałem w moim pokoju, całkiem ubrany, w butach na nogach. Mógłbym przysiąc, że kiedy szedłem spać nie byłem ubrany. Moje nogi i buty były pokryte pyłem, bolały mnie stopy, a zaraz obok słyszałem głośnie dzwonienie. Po przebudzeniu z tak realistycznego snu byłem jeszcze rozkojarzony, więc nie od razu je rozpoznałem. Było mi bardzo zimno.

Wtedy spojrzałem w dół i zobaczyłem mój telefon. To było źródło dźwięku. Mając w pamięci słowa mojego przyjaciela, nie odebrałem. W końcu telefon przestał dzwonić.

W pokoju było zimno jak w chłodni. Uczucie bycia obserwowanym było tak silne jak wtedy, gdy kładłem się spać. Słyszałem, jak coś rusza się w mojej szafie, ale nie ośmieliłem się poruszyć. Po prostu zamknąłem oczy i czekałem. W końcu usłyszałem oddalające się kroki, wciąż z wnętrza szafy. Tak jakby ktoś szedł niewidocznym korytarzem, chociaż moja szafa jest mała i nie widziałem w niej nic nietypowego.

Gdy kroki całkiem się oddaliły, chłód zniknął.

Tym razem nie udało mu się wejść. Jeśli mój sen był prawdziwy - jeśli to coś w mojej szafie jest tym, kim mi się wydaje - nie wolno mi go wpuścić. Ale sądzę, że wróci dziś w nocy. To właśnie wtedy przychodzi, tak powiedział mi przyjaciel.

Nie wiem co się stało z moim przyjacielem, ale mam nadzieję, że ludzie zapamiętają jego ostrzeżenie. Jeśli czytając ten tekst poczujesz zimno, nie panikuj. Jeśli usłyszysz coś w swoim domu, zignoruj to. Nie możesz pozwolić żeby cię znalazł. Nie wpuszczaj Zimnego Człowieka.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:08 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
(to jedna z moich ulubionych CP :D)


Sztuka Jacoba Emory'ego


Historie o duchach? Nie mamy tutaj niczego w tym rodzaju. Mamy za to historię Jacoba, i tyle mogę Ci powiedzieć.

Naprawdę chcesz wiedzieć...? Cóż, nie powinienem Ci mówić, ale w porządku, tylko nie przerywaj. Nie mam do tego cierpliwości.

Jakby tu opisać Jacoba Emory'ego... Cóż, zapewne możnaby powiedzieć, że reprezentował typ człowieka którego zazwyczaj się nie zauważa. Nie żeby był złym dzieciakiem, w żadnym wypadku! Wielu ludzi w tym mieście postrzegało go jako najbardziej odpowiedzialną osobę, jeśli chodzi o prace dorywcze, jednak Jacob nie osiągnął mistrzostwa w żadnej z dziedzin. Był, jak to mówią "niezły we wszystkim, genialny - w niczym". Największą odpowiedzialnością za taki stan rzeczy należałoby obarczyć jego brak silnej woli. Pobieżnie interesował się chyba wszystkim co mogło mu zaoferować to miasto: samochodami, radiem, prowadzeniem sklepu, co tylko sobie wymyślisz, ale przy niczym nie pozostał na dłużej. Jego przyjaciele i współpracownicy wypytywali go o przyczynę, ale zbywał wszystkich tą samą, oględną ripostą: "To po prostu było dla mnie za mało". Jak łatwo się domyśleć, jakichkolwiek przyjaciół by nie miał, musieli oni być albo bardzo cierpliwi, albo nie poruszać tego tematu.

Co było zapewne nie do uniknięcia - Jacob zdecydował się na opuszczenie granic miasta. Nie pamiętam, dokąd się udał, ale myślę że Gertrude - z tej ulicy, tylko trochę dalej - pamiętała zanim zmarła... Musiałbyś spytać kogoś innego jeśli naszłaby Cię ciekawość. Jakby nie było, nikt nie próbował go powstrzymywać. Wszyscy myśleli, że taka mała wycieczka upuści z niego trochę tej ambicji, albo przeciwnie - pozwoli ją nakarmić wystarczająco, by nie była już problemem. Do diabła, nawet urządziliśmy dla niego przyjęcie pożegnalne, i to było bardzo miłe ze strony wszystkich.

Tak czy siak, nie było go... z sześć, może siedem lat? Nie pamiętam. O to też musiałbyś zapytać kogoś innego... W każdym razie, w końcu wrócił i nie do przeoczenia było to, jak bardzo się zmienił. Był sympatyczny, pełen energii, serdeczności, uśmiechnięty... I już niedługo mieliśmy się dowiedzieć, dlaczego. Pokazał nam pamiątkę, którą przywiózł do miasta - gładki, czarny patyk długości ołówka, ale o fakturze kredy. Wszyscy zastanawialiśmy się czemu u licha taka prosta rzecz miałaby napawać go taką radością, dopóki nie urządził dla nas kameralnego pokazu. Wziął kawałek papieru i ten... patyk - Boże, na pewno istnieje lepsze słowo na określenie tej rzeczy - i tym patykiem narysował... mniej więcej, koło.

Od razu upadło i zatrzymało się na granicy brzegu kartki, zupełnie jak kamień. Nie opuściło papieru, za to poruszało się w jego granicach, zupełnie jak obraz rzucany przez projektor na ekran.

Synu, ja wiem jak to brzmi - jak gadanie wariata. Jeżeli czujesz, że będziesz do tego podchodził sceptycznie, możesz od razu zostawić starego człowieka z jego szaleństwem, ale JA WIEM CO WIDZIAŁEM, mimo że ludzie robią wszystko, by sprawa ucichła; widziałem jak narysowany przez niego kamień spadał. Jake nawet puścił papier między nami, a kiedy podawaliśmy go sobie, kamień turlał się w różne strony, gdy tylko kartka była przechylana. Nikt z nas nie miał słów, by opisać to, co widzieliśmy. Z resztą - co tu mówić? On za to kontynuował swój pokaz, rysując rozliczne postacie paradujące, grające, robiące wszystko od walki między sobą to budowania perfekcyjnych ludzkich piramid, a my wszyscy nie mogliśmy się nadziwić wspaniałości tego, co dane nam było zobaczyć. To była dla niego wystarczająca zgoda. Oznajmił, że planuje rozpocząć występy aby opłacić sobie mieszkanie i jedzenie, występy na których rysowałby co tylko publika by zachciała. Omawialiśmy to dość długo, ale w końcu przekonał nas, że wszystko będzie bezpieczne, jego rysunki - etyczne, a działalność - unikalna i lukratywna. Co więcej, obiecał że nikt oprócz mieszkańców miasta nie dowie się o pokazach.

Biedny Jacob. Gdybym nie był tak zaaferowany, może dostrzegłbym pewne rzeczy już wtedy, już tam. Może mógłbym uratować tego żałosnego sukinsyna, wystarczyłoby przełamać TĘ potworną rzecz na pół. Ale byłem młodszy, my wszyscy byliśmy, i nie widzieliśmy problemu w tym, że zachęcamy go do podzielenia się tym, co przed chwilą zobaczyliśmy sami, z całą resztą mieszkańców. Warto dodać, że nie Jacob miał żadnych poważnych koneksji w radiu czy telewizji, pamiętaj, a internet nie pojawił się jeszcze przez następnych dziesięć lat, więc jedyne, co mogli zrobić ludzie o bardzo skromnym budżecie to reklamowanie wydarzenia ulotkami. Ulotki mogą dla Ciebie nic nie znaczyć, panie miastowy, ale w małym mieście wszyscy zwrócą na nie uwagę, zwłaszcza że Jacob postarał się, umieszczając na nich małe postacie, które robiły wszystko, począwszy od skakania, żeby tylko zwrócić na siebie uwagę ludzi. Jego pierwszy pokaz przyciągnął na pewno z sześćdziesiąt osób, a prawdopodobnie jeszcze więcej.

A jego pokazy... były fantastyczne. Ktoś z publiczności poddawał pomysł sceny ze sztuki czy komediowego skeczu, a dłoń Jake'a z gracją łabędzia przemieszczała się po białej ścianie. Nie pokazał pełni swoich możliwości podczas pierwszego pokazu z kamieniem, to na pewno. Jego ilustracje były wyjątkowo dokładne, mógł nakreślić wyjątkową postać ludzką w kilka minut. Kiedy teraz o tym pomyślę, nie pamiętam żeby jakakolwiek z rzeczy, które narysował zajęła więcej niż dziesięć minut roboty. Wszystkie były perfekcyjnie wykonane - mogłeś zobaczyć nie tylko rycerza atakującego zamek, Jake narysowałby również wnętrze pałacu, w przekroju zupełnie jak ciasto weselne, warstwa po warstwie mógłbyś zobaczyć jak rycerz omiata wzrokiem ściany, szturmem przechodzi przez kolejne poziomy do lochu, walczy, wynosząc księżniczkę, i daje susa z parapetu pałacowego okna wprost na grzbiet swojego konia - wszystko to w kompletnej ciszy. Nie jest to realistyczne, o nie, ale to decydowało o atrakcyjności rozrywki - nikt z nas nie przychodził tam by zobaczyć coś prawdziwego. Kiedy scena lub skecz były skończone, albo postacie musiały opuścić ściany, albo Jake musiał pokryć je białą farbą. To było pod pewnym względem dobre - dawało pokazom ograniczenie czasowe, tak że gdy wszystkie cztery ściany były już wykorzystane, wszyscy wiedzieli że przedstawienie można wznowić najwcześniej wtedy, gdy farba wyschnie.

W międzyczasie Jake zmieniał się, i to w negatywnym sensie. Już wspominałem, że od czasu powrotu wydawał się niesamowicie naładowany energią. Cóż, ta energia, żywotność czy ferwor, jakbyś tego nie nazywał, nigdy go nie opuściła. Nawet na chwilę. Co więcej, zdawała się w nim narastać, a on jakoś za bardzo cieszył się z tego stanu rzeczy. Jego oczy coraz bardziej zaczynały przypominać szparki, spał coraz mniej, jego teorie i wypowiedzi były coraz bardziej radykalne i bezkompromisowe, i mimo że nigdy nie było z nim łatwo wytrzymać, ludzie stawali się coraz bardziej nerwowi w jego obecności.

Minął miesiąc albo dwa, a publiczność pokazów Jake'a rozrosła się jak pożar w lesie. Prawie wszyscy w mieście płacili by tylko zobaczyć dzieła Jake'a w akcji, a on musiał wynająć większe i większe pomieszczenia, żeby tylko pomieścić tych wszystkich ludzi. Teraz już nie robił przerwy po tym, jak jedna scena była ukończona - od razu przechodził do następnej, zamalowywał na bieżąco niepotrzebne fragmenty, czasami udawało mu się uzyskać efekt mieszania się i przenikania scen, co publiczność uwielbiała. Same postacie stawały się coraz bardziej dzikie i przerażające, potwory były dziwniejsze i bardziej wyrafinowane, rycerze walczyli coraz bardziej cudacznymi rodzajami broni, a to wszystko by zadowolić publiczność. Jake stawał się coraz bardziej pobłażliwy, coraz częściej szukał uciech, jak się domyślaliśmy, przez pieniądze. Stał się pijakiem i bawidamkiem, co jednak nijak nie zmniejszyło jego wewnętrznej energii. Niektóre z jego kobiet twierdziły, że budziły się w nocy i widziały jak skrobie tym patykiem po kartce w szkicowniku, z twarzą wykrzywioną grymasem; podczas gdy większość z nich wychodziła z założenia, że rysował je nago, istnieją plotki że jedna czy dwie rzeczywiście uchwyciły wzrokiem to, co rysował. Te kilka anonimowych kobiet najpewniej zaprzeczyło, jakoby to co zobaczyły było chociażby podobne do aktów kobiecych, ale żadna z nich, kimkolwiek by nie były, nie powiedziała co kryło się na kartkach szkicownika. Nawet nie próbuj szukać tych ulotek czy szkicowników, to teraz bez sensu, wszystkie z nich zniknęły. Trochę zmieniłem wątek... Chodzi o to, że on zaczął się upijać, i to jest ważne dla tej historii, ponieważ to właśnie picie było ostatnim gwoździem do jego trumny.

W noc jednego z jego występów, gdy tylko wkroczył na scenę wśród okrzyków radości tłumu, od razu było widać że jest pijany w sztok. Byłem w pierwszym rzędzie i mogłem wyczuć od niego burbon z odległości trzech metrów. Przedstawienie się zaczęło, wykonał wszystkie rysunki o które prosiła publiczność, gdy w końcu ktoś z publiczności poprosił, by narysował samego siebie. Wszyscy przyklasnęli temu pomysłowi, pomyślałem że wszyscy pewnie zastanawiali się co jego dzieła myślą o nim samym, a Jake w końcu się zgodził.

Gdy tylko wykonał ostatnią kreskę łączącą dwie linie na jego kurtce, każda postać narysowana na sterylnie białej ścianie zatrzymała się w tym, co robiła i zwróciła swój wzrok na świeżo wykonaną ilustrację. Kochankowie przestali się całować, klowni - śmiać, roboty zarzuciły walkę z piratami. Wszyscy zatrzymali się i spojrzeli na rysunkowego Jacoba. Tłum zamarł natychmiast. Pamiętam twarz Jake'a w tym momencie, kredowobiałą, pełną nagłego zrozumienia i przerażenia swoim błędem, rozpaczliwie szukającą puszek białej farby - dokładnie tych, których tego dnia zapomniał przygotować przed przedstawieniem. A wszyscy inni? Oni patrzyli na narysowanego Jacoba.

Tamten Jacob sięgnął do kieszeni swojej kurtki, wyciągnął z niej swój własny czarny patyk i - podczas gdy my wszyscy patrzyliśmy - narysował drzwi. Popchnął je od swojej strony a te otworzyły się, pozwalając mu wkroczyć na scenę.

Reszta była piekielnym widowiskiem. Ludzie krzyczeli i uciekali do wyjść, zupełnie jak postacie stworzone przez Jacoba, zarówno te widoczne na ścianie jak i te wcześniej przykryte farbą biegły do swojego własnego wyjścia, rzucając ciastami, strzelając z pistoletów laserowych, plując ogniem, trucizną i czym jeszcze to tylko możliwe. Byłem wystarczająco blisko wyjścia by uciec, spojrzałem za siebie tylko jeden, jedyny raz. Ten widok będzie prześladował mnie już zawsze.

Jacob Emory krzyczał i kopał powietrze, gdy jego stwory przeciągały go przez drzwi, które narysowała jego kopia.

Sala, oczywiście, spłonęła doszczętnie, ale nadal nie mam pojęcia jak wiele postaci wydostało się, co stało się z narysowanym Emory'm, czy jak wiele osób umarło. Ogień sprowadził tutaj strażaków zarówno z najbliższych miast, jak i z tych położonych nawet sto mil stąd. Za strażakami przybyła policja, a za nią - rząd, który w końcu uciszył całą sprawę. Zebrali ulotki i wszystkie rzeczy, które wyszły spod ręki Jake'a, a na ludziach wymogli milczenie... milczenie - albo śmierć. Winę za pożar zrzucono na papieros w śmietniku, tlący się podczas meczu koszykówki. My wszyscy po prostu żyliśmy dalej. Jakby Jacob nigdy nie istniał.

Patrząc na to z perspektywy czasu, uświadamiam sobie wszystko. Jacob nie był twórcą ILUSTRACJI. Ilustracje nie ruszają się, a już szczególnie nie grają ani nie atakują - są zwyczajnymi obrazami, które widzą ludzie, cieniami, którym nadano formę realnych rzeczy. Jacob tworzył prawdziwe, myślące stworzenia w jakimś alternatywnym świecie, używając mocy która nigdy nie powinna była wpaść w ręce śmiertelnika. On upajał się tą mocą. Kara, jaka go spotkała, prawdopodobnie była zasłużona.

Przez przypadek jednak rządowi nie udały się dwie rzeczy. Wspaniale poradzili sobie z uciszaniem wszystkich, ale ślad pozostał. Ruiny nadal tam są, wiesz? Ruiny sali. Podobno mają ją odbudować, i to już niedługo, a to zetrze jedyny widzialny ślad zdarzenia. Raz tam byłem, wiesz, tylko raz. Pośród gruzów, pokryte pyłem, COŚ było. Przyjrzałem się lepiej - to była dłoń Jacoba Emory, to była jego dłoń na ścianie. Zupełnie taka jak trzy lata wcześniej, spocona i okrutnie powykrzywiana, pamiętam, tyle że teraz trzęsła się i drżała, jakby ciało do którego powinna być przytwierdzona nadal trawiły płomienie.

To był błąd numer jeden. Błędem numer dwa były wytwory Jacoba.

Tak jak powiedziałem, nie wiem jak wiele z nich wydostało się, ani jak wiele zostało schwytanych przez agentów rządowych, więc powiem tylko jedno: te łąki z wysoką trawą na obrzeżach miasta? Nie idź tam. Nigdy. Pytałeś o białe postacie, które widziałeś nocą, prawda?

To miasto nie ma historii o duchach.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:12 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Ohh Jenny



Wiesz, że to co napiszę jest zmyślone, zwykła bajka ot co. Wiem, że będziesz się z tego nabijał z kolegami ale mnie to zupełnie nie obchodzi. Każdy ma swoje chore jazdy, swoje lęki, fobie...
To co się przydarzyło parę lat temu zostało na długo w mojej pamięci.
Na obozie językowym poznałem Jenny, piękna dziewczyna. Długie blond włosy, lekko kręcone, niebieskie wręcz błękitne oczy mógłbym się w nich utopić (dosłownie).
Korespondowaliśmy jakiś czas, wysyłaliśmy maile, czasem listy bądź SMS. Powiedziała, że przyjedzie do mnie na parę dni, kiedy akurat miałem wolny dom. Rodzice mieli do mnie zaufanie, więc zostawili mnie samego. Pierwszy dzień była impreza, każdy schlał się i rzygał gdzie popadnie. Rano było dużo sprzątania, nic specjalnego. Wyczekiwałem na Jenny, miała się zjawić lada dzień, sprzątałem, nie wychodziłem na żadne piwko z znajomymi, tylko czekałem. W końcu zapukałą do moich drzwi, wyglądało nieziemsko. Lekki cmok w policzek na przywitanie niesamowicie mnie rozpalił, myślałem tylko o najbliższej nocy spędzonej razem. Jedliśmy obiad, rozmawialiśmy. Wieczorem obejrzeliśmy głupią komedie, coś w stylu American Pie. Nie chciałem od razu być nachalny i zaproponować wspólnej nocy, więc rozścieliłem jej łóżko w pokoju siostry, a sam poszedłem do swojego. Miałem nadzieję, że przyjdzie do mnie i poczuję między palcami jej cudowne włosy. Zamiast tego słyszałem dziwne harczenie, nie przejełem się tym, byłem pewny, że to pies sąsiadów, bo mój owczarek raczej nie ujadał, spokojne bydle... o jak teraz żałuję, że nie zadzwoniłem po policję, lub uciekłem z tego domu. Rano obudził mnie zapach smażonego bekonu, coś mnie zdziwiło bo lodówka była pusta, nie zrobiłem jakiś specjalnych zakupów. Gdy zszedłem na dół przywitała mnie anielskim uśmiechem i kiwneła głową, żebym usiadł na krześle przy stole. Bekon był wyborny, smakował jak nigdy, niesamowicie przyprawiony i na dodatek przez taką cudowną dziewczynę jak Jenny. Zaproponowałem spacer, wyszliśmy do parku wraz z psem, był dziwny nie swój, niezwykle agresywny w stosunku co do Jenny, ale ona wymigiwała się, że jej zwierzęta nie lubią, nie to co ja... Zblizała się północ, znowu rozeszliśmy się do swoich pokojów, odpaliłem kompa i poszukałem jakiś głupich filmików na noc, żeby nie zasnąć, być może przyjdzie. Po raz wtórny oglądając spadającego niedźwiedzia z drzewa usłyszałem charakterystyczne warczenie mojego psa. Wyszedłem z pokoju, na korytarzu Hektor stał i warczał na drzwi Jenny. Uspokoiłem bydlaka i wypuściłem go na ogród. Wracając chciałem zobaczyć czy lokatorka zasneła, lekko uchylając drzwi ujrzałem dziwną scenerię, Ona siedziała na podłodze, a obok niej stał dziwny człowiek. Nie wchodząc dalej tylko lekko zerkając przez drzwi przyglądałem się. Ona mówiła w dziwnym języku, harcząc i skomląc. Nagle człowiek ten wstał i usiadł obok niej, dotknął jej włosów, pocałował w szyję, dotykał po całym ciele, nie wytrzymałem tego i wszedłem do pokoju z impetem. Przeklnąłem na głos, zapaliłem światło, popatrzył się na mnie. Nie zapomnę wyrazu jego twarzy do konca życia, ogromny grymas, wręcz nienaturalny, brak oczu, same oczodoły. Uśmiechnął się tylko ukazując żółte, krzywe zęby. Powiedział coś niezrozumiałego i wstał, szedł w moją stronę. Zacząłem uciekać, zbiegłęm po schodach w stronę drzwi. Instynkt kazał mi uciekać jak najdalej, wezwać pomoc. Wróciłem, zrobiłem głupio. Po drodze zgarnełem wielki parasol z metalową końcówką i wyszedłem po cichu na górę. Byłem przy jej pokoju, otworzyłem drzwi nogą i zdziwiony zobaczyłem śpiącą Jenny w łóżku jak by nigdy nic. Świst. Obudziłem się w łazience na podłodze, w wannie leżała zakrwawiona Jenny. Nie było ratunku, miałem związane nogi i ręce. On stał i śmiał się, nic więcej, tylko śmiał. Znowu świst. Obudziła mnie policja, Ona nie żyła, a ja zostałem okaleczony, już nigdy nie będę mógł zagrać w piłkę, który bardzo kochałem, bo jak grać z odrąbanymi stopami ?


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:19 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Koszmary




Pośliznął się na błotnistej ziemi i upadł. Ziemia obok zaczeła się rozgrzebywać, podgniła ręka wydostała się na zewnątrz. Travis nie tracił ani chwili, pozbierał się szybko i zaczął biec ile sił w nogach. Z grobów wysypywały się trupy, odór zgnilizny i rozkładu ciągle się nasilał.
- Co to ma do jasnej cholery znaczyć ! - rozdarł gardło chłopak.
- Muszę biec szybciej, szybciej ! Zaraz mnie dopadną pieprzone Zombiaki !
Travis nie miał pojęcia, jak się tu znalazł. Po prostu ocknął się cały przemoczony, ubabrany pokrywającym cmentarz błotem. Ostatnią rzeczą jaką pamiętał była jazda samochodem z ukochaną dziewczyną Luizą.
- Mam nadzieję, że jej nic nie jest, zabije drania, który zrobi jej krzywdę - pomyślał w duchu.
Ledwie wyjechali z przyjęcia u znajomych, trochę się pokłócili. W ich związku często zdarzały się kłótnie, ale po burzy zawsze wychodziło słońce, tak miało być i tym razem. Niestety niefortunny zbieg okoliczności spowodował, że znalazł się tu, wśród ożywających trupów. Biegł ile sił w nogach, przeskakując niewielkie płyty nagrobne. Jednak wraz z przebywaniem kolejnych metrów Travisowi zaczynało brakować tchu, z kolei liczba mijanych zombie rosła w zastraszającym tempie. Wyłaziły z grobów jeden po drugim, podążając śladem dzisiejszej kolacji – jego śladem.
Plask ! Ponownie wylądował w błocie, tym razem wystrzelił kawałek trumny tuż pod jego stopami. W oka mgnieniu podniósł się i obrócił, jego oczom ukazał się wielkich rozmiarów facet w osmalonym garniturze i spalonej twarzy. Wyrzucił wielkie ramiona w jego stronę. Travis uchylił się szybko, odepchnął umarlaka i pędził dalej, prosto przed siebie. - Nie to nie może być prawda ! to jest zwykły sen ! - krzyknął. Jedno uderzenie w policzek nie pomogło, drugie, trzecie, NIC !
Trzask ! Wielka ręka pokryta błotem i śluzem uderzyła go prosto w oko. Lekko się zachwiał i od razu zaatakował. Uderzył zombiaka prawym sierpowym prosto w otwór nosowy, czaszka odleciała kilka metrów w prawo. Travis skrzywił się, czując świdrujący pod czaszką ból. Widział jedynie na jedno oko.
- Cholera, kiedy się wydostanę, prawdopodobnie do końca życia zostanę kaleką - pomyślał.
Nagle z jego ust wydobył się odgłos radości ! Jakieś pięćdziesiąt metrów z przodu znajdowała się kapliczka.
Usłyszał gardłowy warkot. Spojrzał w prawo i w ostatniej chwili uchylił się przed kłapiącymi zębiskami zgniłego owczarka.

Czterdzieści metrów.

Trzydzieści.

O, Kurwa ! Wejście do budynku tarasowało kilkunastu truposzy, ustawionych jeden przy drugim.
- Więc to koniec – szepnął Travis, zwalniając. Poczuł, jakby całe życie uciekło ze zmęczonego ciała. Trwało to może kilka sekund, po których gdzieś wewnątrz odezwał się instynkt przetrwania. Jego „głos” stawał się coraz donośniejszy.
- Jak zginąć, to w walce – mruknął Travis i rzucił się do przodu, młócąc szaleńczo rękami. Pierwszy cios oderwał zgniłkowi żuchwę, drugi połamał żebra.
Kolejnego sierpowego wymierzył zbliżającej się do niego, skulonej staruszce. Ręka z obrzydliwym odgłosem zagłębiła się rozłupanej czaszce.
Zombie zdezorientowane nagłym atakiem, rozluźniły szyk. Pomagając sobie łokciami, wdarł się do środka i zaczął zamykać ciężkie, metalowe drzwi. Już prawie się udało, kiedy niespodziewane uderzenie odrzuciło go do tyłu. Wylądował na plecach, z trudem łapiąc oddech. W rozbitej głowie szalała karuzela. Zamknął oczy, a kiedy je ponownie otworzył, stali nad nim, stłoczenie dookoła. Szlochając, przewrócił się na brzuch i zaczął się czołgać w kierunku ściany. O dziwo, nie próbowali go zatrzymać. Cały czas czekał jednak na pierwsze ugryzienie pożółkłych zębów, wpijających się w jego ciało. Gdy oparł się o zimny kamień, poczuł się trochę pewniej. Jednocześnie zrozumiał, że to już koniec drogi. Dalej nie ma gdzie uciekać. Umarlaki wlewały się głównym wejściem, niczym woda przez przerwaną tamę. Jeden za drugim, grzechocząc kośćmi, ciągnąc po podłodze strugi błota. Travis poczuł, że już dłużej tego nie zniesie.
- Chodźcie tu jebane zdechlaki, zaraz Wam piszczele poprzetrącam !
Jeden z zombiaków, olbrzym w podartym, wojskowym mundurze, wystąpiwszy przed szereg, ruszył w kierunku chłopaka.
- Travis, to ja, Hank... Co ty wyrabiasz? Cały cmentarz na nogi postawiłeś… – zagadnął.
- Co ? - tylko tyle potrafił wydukać.
- Przyjacielu – w oczach umarlaka odbiła się troska – Co ci strzeliło do łba, żeby w środku dnia wykopać się na powierzchnię i urządzać jogging? Dobrze, że cię Peter znalazł, bo nie wiadomo, jakby się to skończyło. Zobacz, co zgubiłeś, gdy próbowali Cię złapać.
Wyciągnął otwartą dłoń. Na jej wierzchu spoczywała niewielka, okrągła kuleczka. Po chwili przeturlała się ku palcom, a w świetle palących się w kaplicy świec zalśniła niebieska tęczówka. Hank celnym pchnięciem umieścił oko na właściwym miejscu, po czym kilkoma lekkimi uderzeniami w czaszkę Travisa skontrował je nieznacznie.
Mężczyzna potrząsnął głową i powłóczył zdziwionym spojrzeniem dookoła. Teraz widział poprawnie, ból momentalnie zniknął.
Zrozumiał.
- Ja pierdole ! - zawył - Ja nie żyję! Jak to się stało ?!
Zombiaki zaczęły spoglądać jeden na drugiego.
- Miałeś wypadek samochodowy parę miesięcy temu, zginełeś na miejscu. Luiza czasem Cię odwiedza.
Travis wszystko sobie przypomniał, doszło między nimi do szarpaniny, zjechał z drogi i uderzył w drzewo...
- Dobra Panowie, łapiemy pod rączki i niesiemy do domu !
Travis nawet się nie opierał. Tylko cicho chlipał pod nosem. Uspokoił się dopiero, gdy zobaczył przed sobą znajomy rodzinny grobowiec.
- Kolorowych snów – usłyszał przytłumiony głos Hanka.
Travis położył się wygodnie do trumny i parę minut później zapadł w głęboki sen.
Rano obudził się i nic nie pamiętał, bo umarli czasem miewają koszmary o tym, że nadal są żywi.


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:22 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
"The Wanderer"


Ta historia zdarzyła się naprawdę.

Cofnijmy się troszkę w czasie. Są lata 90' XX wieku. Młoda dziewczyna popełnia samobójstwo po obejrzeniu zdjęcia, które znalazła na pewnej grupie dyskusyjnej. Zdjęcie przedstawia niezidentyfikowaną postać, która opisywana jest często jako kobieta.

Zdjęcie jest bardzo zniekształcone więc opisanie jej wyglądu jest praktycznie niemożliwe. Oświetlona jest bardzo mocnym światłem, którego źródło znajduje się za kamerzystą lub on sam jest jego źródłem. Czy jest to lampa błyskowa, ręczna latarka czy reflektor - tego zapewne nigdy się nie dowiemy ponieważ źródło obrazu nigdy nie zostało zidentyfikowane. Kobieta wydaje się nie posiadać żadnych rysów twarzy a co tworzy sprawę jeszcze bardziej tajemniczą to to że posiada ona parę przeraźliwie cienkich, kościstych odnóży - bardzo podobne występują u pająków.

Ci którzy widzieli to zdjęcie, lub po prostu słyszeli jego historię, nadali jej nazwę - "The Wanderer".

Pierwsze konto znane jako "Wanderer" pojawiło się w roku 1996. Jane była studentką, która bardzo interesowała się zjawiskami paranormalnymi. W czasie świąt przyjechała ona w odwiedziny do swoich rodziców. W tym właśnie czasie natknęła się, przeglądając różne fora o tematyce paranormalnej, na temat o zdjęciu "Warderer". Załączone w nim było wspomniane wcześniej zdjęcie i jedno zdanie, w sumie pytanie : "Widzisz mnie ? Ja też Cię widzę".

Dziesiątki innych użytkowników także czytało temat, opisując swoje odczucia związane ze zdjęciem. Większość nie była jakoś szczególnie przerażona ani zdjęciem ani historią, uważali że jest po prostu "zabawna". Niektórzy z nich jednak narzekali na ostre bóle głowy podczas oglądania obrazka.

Według rodziny Janes, to właśnie od tamtego momentu zaczęła miewać nocne koszmary. Szlochając zaklinała się że każdej nocy, kobieta ze zdjęcia pojawia się u niej w oknie, zazwyczaj tylko stoi i wpatruje się w nią, czasami przejeżdża po oknie swoimi pajęczymi kończynami jakby chciała dostać się do środka. Jane zeznała także że nie była w stanie poruszać się w jej obecności, tak jakby trzymało ją wiele niewidzialnych rąk. Nawet gdy ze strachu zamykała oczy i tak nadal przerażający obraz nawiedzał jej wyobraźnię.

Jej rodzina była pewna że córkę przeraziło zdjęcie na które natrafiła w internecie. Zbagatelizowali całą sprawę mówiąc że musi ponosić skutki swoich działań. Jednak wszystko zmieniło się gdy Jane wyznała że tajemnicza postać podąża za nią o krok - także podczas normalnych czynności jak szkoła, gotowanie czy spacer. Była przekonana że jest ciągle przez nią śledzona. Widziała ją nawet wtedy, gdy była w pomieszczeniu pełnym ludzi czy w miejscu publicznym. Nikt oprócz niej nie potrafił dostrzec tajemniczego prześladowcy. Rodzice zaczęli martwić się o zdrowie psychiczne Jane ale poprzestali jedynie na zapewnieniach że Wanderer nie jest prawdziwy.

Jednak z dnia na dzień stan psychiczny Jane zmieniał się na gorsze. Aby nie zasnąć w nocy, próbowała różnych sposobów. Zaczęło się niewinnie, piła dużo mocnej kawy i starała się spędzać czas aktywnie, szybko jednak przestało to działać i aby nie zasnąć, zaczęła się ciąć i przeraźliwie krzyczeć w ciągu noc. Przez bardzo długi czas nie spała w ogóle. Była przekonana że jeżeli jeszcze raz zaśnie to kobieta ze zdjęcia pojawi się i tym razem zabierze ją ze sobą.

Jej rodzina wiedziała że nie można już tylko czekać i być dobrej myśli. Jane potrzebowała pomocy specjalisty. Egzorcysta ? Psychiatra ? Wszystko aby tylko pomóc ukochanej córce. Rodzice wreszcie postanowili coś zmienić. Jednak gdy matka Jane zapukała do pokoju córki nie otrzymała żadnej odpowiedzi. Przerażona po cichutku otworzyła drzwi aby nie przeszkodzić ani nie przerazić Jane, w pokoju wciąż panowała głucha cisza.

Nie leżała ona na swoim łóżku. Nie siedziała przy komputerze. W ogóle wyglądało na to że wcale nie była w swoim pokoju. Jednak w pewnym momencie w matce Jane coś drgnęło. Postanowiła sprawdzić jeszcze schowek który znajdował się w pokoju Jane.

Tam, groteskowo powyginana leżała w kącie Jane. Strugi krwi płynęły po jej białej sukience. Jane poderznęła sobie gardło, w zaciśniętej ręce trzymała poplamioną krwią kartkę na której widniała taka oto wiadomość - "Teraz już mnie nie dostanie".

Przypadek Jane nie jest jednak odosobniony. Praktycznie przez całe lata 90' dziesiątki innych osób zaginęło lub popełniło samobójstwo po obejrzeniu zdjęcia. Na przełomie roku 2000/2001 obraz tak szybko jak się pojawił tak szybko zniknął. Pomimo moich wielkich starań nie byłem w stanie go odszukać.

Wszystko zmieniło się całkiem niedawno. Na pewnym forum dyskusyjnym założyłem temat który poruszał kwestie zdjęcia i legendy które za sobą niesie. Robiłem tak już wiele razy i zazwyczaj była przynajmniej jedna lub dwie osoby które słyszały historię, ale nikt z nich nigdy nie widział obrazka. Tym razem było inaczej. Wkrótce po opublikowaniu tematu, otrzymałem wiadomość e-mail.

Temat : "WIDZĘ CIĘ"

"Widzisz mnie ? Ja Ciebie też."

Do wiadomości zostało dołączone zdjęcie. Nie ma możliwości aby sprawdzić czy to oryginalny "Wanderer", ale muszę was ostrzec, jeżeli zdecydujesz się wyświetlić obraz robisz to na własne ryzyko...

http://img99.imageshack.us/img99/545/thewanderer1.jpg


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:25 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
LEON CZOLGOSZ
Leon Czolgosz, zabójca Williama McKinleya, 25-ego prezydenta Stanów Zjednoczonych został za swoją zbrodnie skazany na krzesło elektryczne. Wyrok został wykonany 29 października 1901 w więzieniu Auburn Prison w mieście Auburn w stanie Nowy Jork. Wśród rzeczy osobistych znalezionych w jego celi odnaleziono między nimi amerykańską monetę ćwierćdolarową. Co w tym dziwnego? To, że według daty wybitej na monecie pochodzi ona z roku 2218, zaś na awersie nie ma portretu George'a Washingtona, tylko mężczyzny którego nie udało się jeszcze zidentyfikować.
(DA DA DA!!! TARADA DA TA!!!!!!)


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:40 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
"Pokój"

Mieszkam w starym domu, dosadnie mówiąc wiekowym, stary folwark, który czasy swej świetności miał już dawno za sobą. Jak to w czasach sarmackich, ludzie zwykli budować się z dala od innych, by mieć na oku tylko swoje okoliczne pola, wsie, toteż na nasze podwórko prowadziła tylko jedna leśna dróżka, na którą wjeżdzało się z pobliskiej autostrady. Rodzice starali się utrzymywać budynek w jak najlepszym stanie, uważali, że to część naszej historii, to, że kiedyś nasze nazwisko coś znaczyło, teraz został tylko dworek. Wnętrze jak wnętrze, XXI wiek, lecz widać w wystroju coś staropolskiego, mój ojciec jest z tego strasznie dumny. Cóż, mnie raczej to nie obchodziło, starałem się po prostu być, jeździłem autobusem do szkoły, gdzie w mieście miałem kilku znajomych, czasem jakiś wypad na piwo. Większość czasu spędzona
na tym nieszczęsnym folwarku gdzie czas zajmowała mi nauka, pomaganie rodzicom i internet. Nudne życie, co? Ja powiedziałbym, że spokojne, lubię spokój, poranne spacery nad wodę i powiewy świeżego powietrza zawierające w sobie przyjemny aromat okolicznych sosen.
Tak więc wróćmy na właściwe tory mojej historii, a więc drzwi. Drzwi w moim pokoju, drzwi, za którymi nic nie ma. Są trochę zabite i uszczelnione, żeby w zimę nic nie przemakało, dawno temu zapytałem o nie mojego ojca. Opowiedział, że drzwi te niegdyś prowadziły do pokoju mojej prababki, lecz cały pokój strawił ogień, po prostu kolejny nieszczęsny wypadek, babcia jak zwykle po południu zamknęła się w swoim azylu, zamknęła drzwi na klucz, bo nie lubiła jak ktoś jej przeszkadzał. Nie przysypiajcie podczas lektury, szczególnie jeśli czytacie przyświecając sobie lampą naftową. Lampa upadła, cały pokój zajął się ogniem wraz z moją prababką. Zburzono zatem skrzydło, w którym był ten jeden nieszczęsny pokój a drzwi zostawiono, nie wiem dlaczego, nie pytajcie. Tak więc opowiadam wam to, bo podczas ostatnich nocy, zza tych drzwi rozlega się ciche pukanie. Stuk. Stuk. Stuk, delikatne, powolne pukanie. Budzi mnie rano, nie daje zasnąć. Powiedziałem rodzicom, ale oni mi po prostu nie wierzą, raz całą noc siedzieli w pokoju a ten ktoś nie raczył zastukać. Taki mój pech, mój strach się wzmaga, może mam jakąś schizofrenię? Przecież to takie realne. Stuk, stuk, stuk. Równe odstępy. Stuk. Stuk. Stuk. Rodzice przygotowują mi już nowy pokój, po długim czasie na szczęście dali się namówić, nie wytrzymałbym dłużej. Historię odmienia pewna wizyta. Zostałem sam w domu, rodzice pojechali na jakieś większe zakupy, zająłem się niczym, przeglądałem bez sensu internet. Nagle usłyszałem, pukanie do drzwi
wejściowych. Dokładnie to samo, stuk, stuk, stuk. Z ciarkami na plecach spojrzałem przez judasz, stała tam jakaś kobieta, na oko po czterdziestce, lecz całkiem urodziwa, taka staroświecka uroda. W sumie nie tylko uroda, była ubrana w sukienkę, jakieś lata 40, 50. Dziwne. Otworzyłem, na wstępie powitała mnie uśmiechem. Swoim dźwięcznym głosem oznajmiła, że się zgubiła i czy nie było by dla mnie kłopotem, żeby skorzystała z łazienki. "No jasne, że nie, wzdłuż korytarza, trzecie drzwi na prawo" -odparłem. Po jakiś 10 minutach oczekiwania trochę się zaniepokoiłem, czemu ta "stara-młoda" kobieta tak długo tam siedzi? Ruszyłem zatem w stronę mojej łazienki, ale po drodze ujrzałem coś, co zaparło mi dech w mojej wątłej piersi. Drzwi. Drzwi w moim pokoju, otwarte. Ale jak? Przecież były zabite, przecież prowadzą na dwór. Byłem lekkomyślny od zawsze. Wszedłem do swojego pokoju i popatrzyłem na to, co jest za drzwiami. Nie uwierzycie. A może uwierzycie?
Był tam ten pokój. Pokój, doszczętnie spalony, zaczynałem się bać co raz bardziej.


Wszedłem tam, pachniało świeżą spalenizną. Nagle usłyszałem coś, dzięki czemu moje serce bijące jak karabin nieomal wyskoczyło mi z gardła. Ktoś stanął w progu za mną. To miał być tylko początek, odwróciłem się i ujrzałem na wpół zwęglone ciało. Było straszne, nieludzkie. Obtarta suknia, kłębki włosów wystające z głowy, puste oczodoły. Całkowicie zesztywniałem, cóżże miałem zrobić, to był żywy trup! Chyba się lekko uśmiechneła, o ile można to nazwać uśmiechem. Ostatnim co usłyszałem, były słowa z jej martwych ust, głosem dokładnie takim samym jak kobieta, która chciała skorzystać z mojej łazienki...


"Myślałam, że już nigdy mnie nie wypuścisz..."

A potem? Potem była ciemność. Zamknęła drzwi, zostałem sam w tym przeklętym spalonym pokoju. Na wieczność. Teraz jedyne co mogę robić to pukać...

(a tą cp nadał osobie w pokoju alfabetem morsa :D)


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:43 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
FORUM

Cześć, ludzie. Chcę wam opowiedzieć pewną historię. Prawdopodobnie mi nie uwierzycie. Mam już dość przekonywania do tego ludzi.
To było jakieś trzy tygodnie temu. Siedziałem na Google, szukając jakichś zabawnych stron. Znalazłem jakiś imageboard (Rodzaj forum internetowego, nastawionego na wymianę obrazków. Przykładem jest 4Chan - przyp. tłumacza). Wszyscy na tej stronie gadali w ekstremalnie zagadkowy sposób. Mówili rzeczy w stylu "Widziałem ich dzisiejszej nocy. Trzymając ręce jesteśmy wyżej, na wysokości 99924028 KRÓL ZSTĄPIŁ"
Tej jednej frazy używali często. "Król zstąpił"... Na początku myślałem, że jest to spam, zważając na ilość linijek takiego tekstu, ale... użycie tego zwrotu było zbyt częste, a jednocześnie nieregularne, żeby był to spam. Poza tym te liczby nie wyglądały na przypadkowe.
Stwierdziłem: "pieprzę to". Zobaczę, o co chodzi na tej stronie. Napisałem w dziale, który przypominał /b/ na 4Chanie - Nie było żadnego konkretnego tematu, którego dotyczyły zamieszczane tam obrazki i posty (/b/ to jedno z forów 4Chana, na którym można znaleźć dyskusję dosłownie na temat wszystkiego. Jednocześnie forum to jest uznawane za największe śmietnisko w internecie - przyp. tłumacza). Przywitałem się, powiedziałem, że jestem nowy, i że chciałbym zacząć temat dotyczący śmiesznych rzeczy.
To był moment, w którym się zaczęło. Pamiętam, że pierwsza odpowiedź brzmiała: "Dobrze Cię widzieć. Dołączyłeś do POMOCY! POMOCY!". Od tego czasu zaczęło się robić jeszcze dziwniej. Powiedziano mi, żebym unikał "łapówkarzy". Stwierdziłem, że to był dowcip, zrozumiały tylko dla ludzi z forum. Później zaczęli gadać jak szaleńcy. Zaczęli pisać z pozoru wyglądające na losowe liczby oraz litery, czasami pochodzące z innych języków (Kilka wyglądało na rosyjskie, inne na pochodzące z języków bliskiego wschodu czy z języka Chińskiego).
Nie miałem pojęcia, co się dzieje.
Później ponownie zobaczyłem frazę "Król zstąpił", którą poprzedzały liczby.
Następnie wysiadł mi prąd. Zupełnie niespodziewanie. Przeraziło mnie to. Sprawdziłem bezpieczniki. Wyglądało na to, że po prostu się wyłączyły. Włączyłem je na nowo. Kiedy wróciłem do swojego komputera, dostrzegłem zdjęcie, przedstawiające małego, białego chłopca. Miał nie więcej, niż dziesięć lat.
Usiadłem, przerażony, lecz zaciekawiony jednocześnie. Chłopiec się uśmiechał i wyglądało na to, że mówi, lecz ja niczego nie mogłem usłyszeć. Ustawiłem głośniki głośniej. Ledwo słyszałem, co mówi. Brzmiało jak wyciszony szept. Ustawiłem głośniki najgłośniej, tak tylko się dało. Ciągle jednak słyszałem cichy szept. Jego usta poruszały się powoli.
Zbliżyłem głowę do głośników, próbując zrozumieć, o czym mówi. Wtedy krzyknął bardzo głośno. Brzmiało to, jak przerażający głos jakiegoś demona. Obrazek się zmienił. Chłopiec płakał. Silnie krwawił z oczu.
Znowu został odcięty dopływ prądu. Ponownie, winę ponosiły bezpieczniki. Kiedy przywróciłem dopływ prądu, wszystko było na powrót normalne. Mój komputer włączył się normalnie, nie zdarzyło się nic strasznego.
Wtedy zacząłem dostawać maile. Bardzo zagadkowe, wypełnione liczbami, które nie układały się w nic sensownego. Zupełnie jak na tamtym forum. Dostałem też maila napisanego po angielsku. Mówił: "PO PROSTU PRZEKAŻ TO DALEJ! PRZEKAŻ DALEJ, DO CHOLERY!". Nie rozumiałem, o co chodziło.
Wstałem, żeby pójść się napić. Wtedy sparaliżował mnie strach. Z mojego sufitu zwisał człowiek. Jego ciało kołysało się delikatnie. Na ścianie, napisany krwią widniał napis "KRÓL ZSTĄPIŁ". Mrugnąłem, i nagle wszystko, w jednej chwili zniknęło.
Ciągnęło się to tygodniami.
Wróciłem na tą stronę. Byłem pewien, że zwariuję. Byłem gotów zgłosić się do domu wariatów. Wtedy przeczytałem post, napisany w spójnym angielskim. Brzmiał "Przekaż dalej Króla. Przekaż dalej Króla."
Temat stał się niedostępny, przez błąd 404, zanim zdążyłem nawet przeczytać go w całości. Zacząłem tworzyć nowy temat. Wtedy zorientowałem się, że słowa, które wpisuję, nie są tymi, o których myślę. Moje palce wpisywały słowa, jak gdyby posiadały swoją własną wolę. Na ekranie pojawiły się dwie frazy: "HGHSUTHS" oraz "4918484 KRÓL ZSTĄPIŁ".
Wtedy, w jakiś sposób zdałem sobie sprawę, że w ten sposób przekazuję tą "klątwę" dalej. Przestałem mieć halucynacje. Czułem się dobrze. Nauczyłem się, jak bronić się przed tym.
A teraz... Przepraszam.
HAKKSIITMS 44919174 KRÓL ZSTĄPIŁ
10


Góra
 


PostNapisane: So, 10 gru 2011, 18:45 
Offline
Duch
Duch
60% następnej rangi
Avatar użytkownika
 Zobacz profil

Dołączył(a): 2011.10.25
Posty: 280
Lokalizacja: Lublin
Online: 5d 12h 40m 47s
Super Mario 64




Super Mario 64 to creepypasta o Super Mario 64, jak sprytnie wskazuje tytuł. Być może pochodzi z /v/. A może ktoś z /x/ ją tam zamieścił, nie wiem. To kolejna creepypasta w stylu Lost Episode (Zagubiony Odcinek), jednak dotyczy gry, a nie telewizji.
_ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _ _
Zawsze lubiłem Super Mario 64, kiedy byłem dzieckiem. Pamiętam, że grałem w tą grę domu ciotki cały czas. Cóż, pewnego dnia, kiedy oglądałem fragmenty gier na youtube, z nikąd pojawiło się okienko z reklamą. Byłem trochę zaskoczony i chciałem je zamknąć, dopóki nie zauważyłem, że kieruje na stronę internetową, prezentującą dobrej jakości kopię gry Super Mario 64 na sprzedaż. Było też zdjęcie i wszystko inne. Zazwyczaj nie mam zaufania do takich rzeczy, ale ogarnęło mnie dziwne uczucie tęsknoty i w jakiś sposób zmusiło mnie do kupna.
Stwierdziłem, że cała ta działalność była szczególna, widząc że właściciel gry chce otrzymać $10 pocztą na adres podany na stronie, zamiast użycia powszechnego już PayPal-u. Co sprawiło, że sytuacja stała się jeszcze dziwniejsza, to to że kiedy ponownie próbowałem uzyskać dostęp do strony (spisałem URL) po napotkaniu problemów z grą, strona nie istniała.
Kilka dni później, kiedy $10 zostało wysłanych, otrzymałem paczkę zawierającą kopię gry. Pierwszą rzeczą, jaką zauważyłem po otwarciu małej paczki, było to, że naklejka z Mario latającym w powietrzu została zerwana, albo zdarta. W jej miejscu ktoś na kawałku taśmy izolacyjnej napisał „Mario” markerem permanentnym. Poczułem się trochę oszukany , ale dopóki gra działała, nie obchodziło mnie to.
Wyjąłem moje Nintendo 64 i włożyłem kartridża. Na ekranie pojawiła się znajoma twarz Mario, którą mogłeś rozciągać i skręcać bez jakiegoś konkretnego celu. Przypomniało mi się, jak zawsze śmiałem się jako dziecko widząc efekty i postanowiłem poeksperymentować jak za starych czasów. Przesunąłem kursor na ucho Maria i naciągnąłem je do proporcji ucha elfa. Zamierzałem właśnie zrobić to samo z drugim uchem, gdy telewizor nagle zaczął produkować głośne odgłosy prądu. Głowa Maria zaczęła się deformować i wirować na tyle różnych sposobów, które wydawały mi się niewiarygodne dla tego modelu. Losowe efekty dźwiękowe z gry zaczęły „grać” wraz z odgłosami statycznymi. Kiedy to wszystko miało miejsce, mogłem usłyszeć cichy głos szepcący chyba po japońsku. Głos ten jąkał się i płakał.
Natychmiast wyłączyłem grę i uruchomiłem ją ponownie. Tym razem nie zawracałem sobie głowy naciąganiem twarzy Maria. Wybrałem nowy plik i zacząłem grać.
Kiedy wybrałem plik, gra otwarła się na wstępnym monologu Peach i dziedzińcu. Mario został umieszczony w środku zamku. Trupia cisza, Bowser nie powiedział nic więcej. Próbowałem to zignorować i grać dalej mimo to. Jednak zauważyłem, że nie było tam żadnej muzyki. Tylko martwa cisza. Nie było nawet żadnych Ropuch do porozmawiania. Jedyne drzwi, przez które umiałem przejść to te Boba-omba Battlefielda. Inne drzwi nawet nie reagowały na przycisk polecenia.
Portret Boba-omba Battlefielda nie był jednak tradycyjnym obrazem. Było to po prostu białe płótno. Nadal próbowałem się przekonać, że to były tylko małe, nic nie znaczące błędy, które nie miały zbytniego wpływu na grę. Gdy wszedłem w portret, obraz nagle zmienił się z czystego płótna na rysunek Lethal Lava Landu. Kojarzysz ten lekko niepokojący obrazek płomienia z diabelskim uśmiechem? Tak, zaczynało się robić naprawdę podejrzanie.
Pojawiło się menu wyboru misji i moim oczom ukazał się kolejny szczegół. Zamiast „Big Bob-omb on the Summit” misja została nazwana „Turn Back”. Nie mam pojęcia, co skłoniło mnie do naciśnięcia klawisza A, ale zrobiłem to.
Runda wydawała się normalna. Wszystko było takie jak to sobie zapamiętałem. Myślałem, że w końcu będę mógł cieszyć się ulubioną grą dzieciństwa. Ale wtedy zobaczyłem Jego. Luigi. Byłem całkowicie zszokowany. Nigdy nie był w tej grze. Jego model nie był nawet na palecie Mario. Wyglądał na całkowicie oryginalny model. Luigi po prostu tam stał, dopóki nie próbowałem się do niego zbliżyć. Zaczął biec w nieoczekiwanie szybkim tempie. Wciąż biegłem za nim i przeszedłem tę rundę. Kiedy go ścigałem, działy się dziwne rzeczy. Za każdym razem kiedy podniosłem monetę, wrogowie zwalniali i muzyka była wolniejsza, a tło i dekoracje stawały się ciemniejsze, ponure i jakby chorobliwe. Tak więc wszystko było coraz gorsze, aż do momentu, kiedy pozbierałem piątą monetę. Wtedy muzyka się zatrzymała. Wrogowie upadli na ziemię jakby byli martwi. Byłem już poważnie rozdrażniony, ale nadal ścigałem Luigiego.
Wszedłem na wzgórze. Żadne kule armatnie nie stoczyły się na mnie, chcąc powstrzymać mnie od dojścia do celu. W sumie to chyba nie byłem zaskoczony w tym momencie. Luigi zawsze znikał z pola widzenia, kiedy biegłem. Kiedy dotarłem na szczyt, zobaczyłem jakiś inny obiekt, poza planszą. Mała wioska była wszystkim co mogłem zobaczyć ze szczyty góry. Nigdzie nie mogłem znaleźć Luigiego. Wioska z pewnością nie wyglądała na grę Mario. Była stara, zwyczajna i zniszczona. Bez względu na moje obawy wpuściłem Maria do chatki.
Jak tylko drzwi się zamknęły, moim oczom ukazał się niepokojący obraz wiszącego Luigiego, a towarzyszyły temu ponure i przerażające akordy. Brzmiało to jak pisk skrzypiec z towarzyszącym mu waleniem w klawisze fortepianu. Mario upadł na kolana i szlochał przez około pięć minut, potem scena się wyłączyła.
Wróciłem do zamku. Mario wyskoczył z obrazu. Rysunek zmienił się z portretu Lethal Lava Land na obrazek z wieszającym się Luigim. Pokój był tym razem inny. Teraz był to mały korytarz. Bezwyrazowe ropuchy i białe szaty pokrywały ściany korytarza. Na przeciwległym końcu korytarza był kolejny rysunek, który całkowicie i zupełnie mnie przeraził. To było zdjęcie mojej rodziny. Nawet nie było to zdjęcie z czasów, kiedy Super Mario 64 zostało wypuszczone. Było wręcz bardzo, bardzo aktualne. Pamiętałem, jak pozowałem do niego w ostatni weekend.
Sięgnąłem do ON/OFF na N64. Nie miałem zamiaru grać w to nigdy więcej. Kiedy obróciłem przełącznik, gra nadal chodziła. Obróciłem więc przełącznik z powrotem, ale bez skutku. Próbowałem wyłączyć wszystko z prądu, ale gra nadal nie znikała z ekranu. Jeszcze byłem w stanie kontrolować Mario. Nie mogłem przecież zostawić gry włączonej na zawsze, więc… grałem dalej. Poszedłem do rodzinnego zdjęcia i wskoczyłem w nie. Oczywiście tylko jedna misja była dostępna. Była nazwana „Run, Don’t Walk”. Wybrałem więc tę misję.
Ta runda zaczęła się w zalanym korytarzu z platformami pływającymi na powierzchni wody. Mario wylądował na jednej z nich, a kamera obróciła się, żeby pokazać co jest z tyłu. Cicha czarna postać zbliżała się do Mario. Nie była do niczego podobna. Nie wyglądał nawet jak ukończona grafika. Po prostu ogromny, toporny, czarny kleks. Zacząłem skakać z platformy na platformę. Biegłem do przodu bez celu z zasięgu wzroku, ciemność powoli ale zdecydowanie nabierała tempa. To trwało tak długo, że wydawało się godzinami. Obawiałem się, że to nigdy się nie skończy. Mario ciągle zataczał koła. W końcu czarny cieniokleksostworzenie dogoniło Mario i ogarnęła go ciemność. Nie krzyczał ani nie bronił się. To coś go po prostu pochłonęło.
Mario wypadł z obrazka z powrotem do zamku. Straciłem jedno z trzech żyć. Teraz pokój był inny. Część Ropuch zniknęła, a obraz wyglądał inaczej. Moja rodzina i ja byliśmy w tych samych pozycjach, ale nasze ciała były częściowo rozłożone. To wyglądało zbyt realnie na fotomontaż. To wyglądało jakby ktoś wziął nasze trupy i upozował je.
Nieważne. Wskoczyłem do obrazu ponownie. Mario znalazł się w małym pokoiku. Nadal była dostępna tylko jedna misja. Nazywała się „I’m Right Here.” Tak po prostu… Wybrałem tę misję i oczekiwałem najgorszego. Mario wylądował w małym, ciemnym pokoju. Nigdzie nie było widać wyjścia. Pokój był pusty, z wyjątkiem fortepianu w rogu. Wiedziałem, co to znaczy. Zostałem zatrzymany w pokoju z Mad Piano. Podszedłem do niego i zaczął mnie, jak zawsze, gonić. Nie było sposobu aby go uszkodzić, więc nie miałem wyboru i musiałem obrażenia przyjąć na Mario.
Kiedy stracił całe swoje zdrowie, nie pokazała się standardowa animacja pokazująca śmierć. Mario był wciąż bity przez fortepian. Kiedy jego krew i wnętrzności rozlały się na podłodze, Mario upadł, a kamera przesunęła się dokładnie nad zwłoki Maria. Grała zniekształcona muzyka, jaką można usłyszeć na karuzelach, kiedy ekran zmienił się z gry na realistyczne zdjęcie zwłok Maria z tej samej perspektywy. To było niepokojące. Płakałem cicho, kiedy patrzyłem na obraz. Straciłem kolejne życie.
Zdjęcie mojej rodziny ukazało się ponownie. Wszyscy byliśmy bardziej zgnici niż poprzednio. Zdjęcie zrobiło zbliżenie na moją martwą twarz. Powitał mnie widok zamku Peach. Zamek popadał w ruinę. Pola trawił pożar. Niebo było czarne jak smoła. W tle było słychać szyderczy śmiech Bowsera, a dzieci skandowały „You couldn’t save her” („Nie mogłeś jej uratować”). Trwało to bardzo długo, dopóki zbliżenie na twarz Peach nie wywołało głośnego pisku, który zatrzymał śmiech i krzyki. Usta Peach były szeroko otwarte, jakby krzyczała, a jej oczy były pustymi, czarnymi dziurami.
Nagle znalazłem się ponownie w korytarzy, a Mario wypadł z obrazu. Teraz wszystkie Ropuchy zniknęły, a ja i moja rodzina wyglądaliśmy bardzo odpychająco. Robaki chodziły po naszych ciałach, wydostawały się z dziur w naszych zwłokach. Wnętrzności wyciekły z naszych ciał. Gałka oczna mojego ojca zwisała luźno z oczodołu. To było nie do zniesienia, ale coś sprawiało, że nadal chciałem grać. Mając tylko jedno życie, wskoczyłem więc do obrazu. Tym razem misja nie miała żadnej nazwy. Było tam tylko puste, białe miejsce, gdzie powinien być tytuł. Wybrałem misję i Mario wylądowała bardzo małej wyspie na środku oceanu. Był tam pojedynczy znak. Było na nim napisane „Zanurkuj”. Zrobiłem, co mi kazał znak i zanurzyłem się w morskiej wodzie.
Ocean był ciemny i pusty. Nie było żadnych ryb. Nie byłem w stanie nawet zobaczyć co jest w wodzie za Mario. Płynąłem w dół. Płynąłem już od jakiegoś czasu, ale Mario nie brakowało powietrza. Naliczyłem chyba z 10 minut płynięcia, kiedy zdecydowałem się na powrót. Jak tylko zawróciłem Mario, pojawiło się To… Ogromny, ale naprawdę ogromny węgorz Unagi pojawił się znikąd i połknął Mario w całości. Oniemiałem. Wszystko wydarzyło się tak szybko, że nawet nie byłem do końca pewny co się stało. Ekran z napisem „Game over” nie pojawił się. Wszystko co się stało zniknęło z ekranu.
Zdjęcie mojej rodziny pokazano ponownie. Wszyscy byliśmy zwykłymi szkieletami. Znowu wyglądało to bardzo realistycznie. Nie mogłem w ogóle poruszać kamerą. Wciąż na ekranie było to zdjęcie. Wyłączyłem grę i włączyłem ponownie. Wybrałem mój plik, ale znów pokazało się tylko zdjęcie szkieletów mojej rodziny. Próbowałem jeszcze trzy razy, aż w końcu zrezygnowałem. Desperacko chciałem to skończyć, ale jakaś siła zatrzymywała mnie przed ucieczką. Zdecydowałem, że otworze jedyny inny zapisany plik. Kamera ponownie pokazała zdjęcie szkieletów, ale tym razem były one ułożone w innych pozycjach. Jakby były inną rodziną…


Góra
 


Utwórz nowy wątek Odpowiedz w wątku  [ Posty: 90 ]  Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

 Podobne tematy   Autor   Odpowiedzi 
Świadomy sen Kurs - dla początkujących !!!!! (Dział: Lucid Dream)

zajac465

4

Porady dla opornych (Dział: Pomoc)

Drag

1

IDOSE dla android (Dział: Ogólne informacje)

dominikk262

3



Kto przegląda forum

Użytkownicy przeglądający ten dział: Brak zidentyfikowanych użytkowników i 3 gości


Poprzednia strona  1, 2, 3, 4, 5, 6  Następna strona

cron
Strefa czasowa: UTC + 1 Engine by phpBB, © Copyrights by i-doser.pl
Forum chronione jest prawem autorskim. Kopiowanie, badź rozpowszechnianie materiałów na nim zamieszczonych lub ich części bez upoważnienia bądź podania źródła pochodzenia informacji jest zabronione.
Treści znajdujące się na stronie służą celom informacyjnym oraz edukacyjnym. Administracja nie ponosi odpowiedzialności za materiały zamieszczane przez użytkowników. Administracja serwisu nie czerpie korzyści materialnych z tytułu prowadzenia serwisu.